TEST: Jetour X70 Plus 1.6 T 190 KM 7DCT LPG. Tani bilet do klasy średniej z bardzo trudnym bagażem
W czasach, gdy zakup nowego, rodzinnego SUV-a z siedmioma miejscami na pokładzie zazwyczaj wymaga wzięcia potężnego kredytu hipotecznego z dwójką żyrantów, propozycja prosto z Państwa Środka brzmi jak niespodziewana wygrana na loterii. Jetour X70 Plus kusi bardzo bogatym wyposażeniem, naprawdę zgrabną, atrakcyjną sylwetką i ceną, która sprawia, że europejska i japońska konkurencja nerwowo przeszukuje swoje arkusze kalkulacyjne. Wygląda na dobry “deal”. Ale, czy aby na pewno?

Niestety, wnikliwy test topowej wersji z silnikiem o mocy 190 KM i z dodatkową instalacją gazową brutalnie uświadamia, że na samej ładnej karoserii i długiej liście elektronicznych gadżetów nie da się daleko zajechać, jeśli mocno kuleje podstawowa inżynieria mechaniczna. Niska kwota zakupu nie jest w stanie usprawiedliwić narowistego zachowania układu napędowego, przez co temu modelowi w obecnej, niedopracowanej formie bardzo trudno wróżyć spektakularne, rynkowe sukcesy. Brzmi pesymistycznie? Być może, ale nie jest w końcu aż tak źle, bo plusy. Ba! Jest ich całkiem dużo, ale do rzeczy.
Wygląd i wnętrze. Luksus z folderu reklamowego, który rzuca się w oczy
Trzeba uczciwie i obiektywnie przyznać, że styliści odpowiedzialni za narysowanie tego wozu wykonali kawał solidnej, rzemieślniczej pracy. Zewnętrzna sylwetka Jetoura, mierzącego dokładnie 4724 mm długości, 1900 mm szerokości oraz 1720 mm wysokości, absolutnie nie przynosi wstydu na europejskich drogach. Imponujący, szeroki grill ozdobiony chromowanymi detalami, agresywnie narysowane LED-owe reflektory przednie oraz potężne, 20-calowe felgi aluminiowe sprawiają, że auto wygląda na znacznie droższe, niż jest w rzeczywistości. To sporych rozmiarów maszyna o rozstawie osi sięgającym 2720 mm, która z powodzeniem i dumą może parkować pod modnymi kawiarniami, udając rasowego przedstawiciela segmentu premium. Skojarzenia? Mnie nasuwa się trochę Jaguar F-Pace? Ale skojarzeń będzie więcej.
Zajęcie miejsca we wnętrzu potęguje to początkowe, bardzo pozytywne wrażenie, choć oglądając kilka detali znów trudno pozbyć się wrażenia, że gdzieś to widzieliśmy. Wiele elementów niemal jak 1:1 pochodzi z Mercedesa. Zresztą zwróćcie uwagę na kierownicę i przełączniki na drzwiach. Trudno to ukryć, ale nieważne, idźmy dalej. Kabina oferuje w standardzie aż siedem miejsc siedzących, gdzie trzeci rząd składa się z dwóch niezależnych, składanych i wyjmowanych foteli (dzielonych w proporcji 50:50), co czyni z tego modelu pełnoprawny, pojemny autobus szkolny. Kierowcę wita nowoczesny, podwójny cyfrowy kokpit składający się z ekranów o przekątnej 10,25 cala każdy, a na pokładzie nie brakuje technologicznych fajerwerków w postaci łączności CarPlay i Android Auto, panoramicznego szyberdachu, czy zaawansowanego systemu kamer o imponującym kącie widzenia 540 stopni. No mówiąc kolokwialnie - biedy nie ma.
Podróżuje się tu w zaskakująco komfortowych warunkach, w czym ogromna zasługa świetnego wyposażenia wariantu z jednostką napędową 1.6 T. Obejmuje ono między innymi trzystrefową klimatyzację automatyczną z osobnym sterowaniem dla drugiego rzędu, ekologiczną skórzaną tapicerkę oraz podgrzewane i wentylowane fotele przednie z elektryczną regulacją i pamięcią ustawień dla kierowcy. Nastrojowe oświetlenie dostępne w siedmiu kolorach oraz znośnie grający system audio z ośmioma głośnikami dopełniają obrazu auta, które staje na głowie, by rozpieścić pasażerów. Niestety, urok tej luksusowej bańki częściowo pryska w momencie naciśnięcia przycisku startera.
Napęd i zawieszenie. Inżynieryjny dramat w kilku nerwowych aktach

Pod maską testowanego egzemplarza pracuje benzynowy, turbodoładowany silnik o pojemności 1.6 litra (1598 cm3), generujący bardzo solidne 190 KM mocy maksymalnej dostępnej przy 5500 obr./min. oraz 290 Nm momentu obrotowego w szerokim zakresie 2000-4000 obr./min. Dodatkowo, testowana jednostka została sparowana z instalacją LPG, co w teorii miało stanowić idealną receptę na drastyczne obniżenie kosztów eksploatacji w tym ciężkim aucie. Cała ta niemała moc trafia wyłącznie na przednią oś za pośrednictwem 7-biegowej przekładni dwusprzęgłowej (DCT). I to właśnie w tym miejscu zaczyna się mroczna część tej chińskiej opowieści, przypominająca jazdę na nieujeżdżonym mustangu.
Układ napędowy zachowuje się tak, jakby jego poszczególne komponenty po raz pierwszy spotkały się dopiero na taśmie produkcyjnej w fabryce i absolutnie nie potrafiły znaleźć wspólnego języka. Skrzynia biegów podczas jazdy w zatłoczonym mieście to festiwal irytujących, twardych szarpnięć, a jej niezdecydowanemu działaniu nierzadko towarzyszą niepokojące, głuche stuki z okolic podwozia. Niska płynność pracy potrafi zamienić każdy precyzyjny, powolny manewr na parkingu pod centrum handlowym w wysoce stresujące przeżycie, w którym auto rwie do przodu z gracją spłoszonego nosorożca. Sytuacji w żadnym wypadku nie poprawia integracja układu wtryskowego z niefabryczną instalacją gazową, która zdaje się potęgować mechaniczną czkawkę.
Jakby tego było mało, projektanci układu kierowniczego z pewnością czerpali inspirację z kół sterowych instalowanych na statkach dalekomorskich. Wspomaganie elektryczne jest bardzo sztucznie i dziwnie zestrojone, nie dając prowadzącemu jakiejkolwiek realnej informacji zwrotnej o tym, co aktualnie dzieje się z przednimi kołami. Mimo zastosowania w teorii bardzo przyzwoitego zawieszenia – niezależnego układu MacPherson z przodu oraz wielowahaczowego z tyłu – auto prowadzi się w sposób nieprzewidywalny i pozbawiony jakiejkolwiek mechanicznej finezji. Prześwit wynoszący skromne 145 milimetrów dobitnie przypomina, że to krążownik szos, a nie pogromca bezdroży, więc tym bardziej boli fakt, że stabilność na asfalcie pozostawia aż tak wiele do życzenia.
Zużycie paliwa i koszty. Bolesne zderzenie z aerodynamiką i masą
Obecność instalacji gazowej miała uratować budżet domowy kierowcy, ponieważ chiński silnik wykazuje się apetytem godnym potężnych, widlastych ósemek zza oceanu. Oficjalne tabele producenta obiecują uśrednione zużycie paliwa na poziomie 10,5 litra na każde sto kilometrów. Brutalna rzeczywistość uliczna pokazuje jednak, że spalanie w cyklu miejskim praktycznie nie ma szans spaść poniżej 10 litrów, a w codziennych warunkach zazwyczaj stabilizuje się na wysokim poziomie 11 l/100 km. Wyjazd na autostrady i drogi ekspresowe również nie przynosi kierowcy wielkiej ulgi w portfelu.
Rozpędzenie i utrzymanie w ruchu tego ważącego na pusto blisko 1642 kilogramy (a dopuszczalnie aż 2167 kg) SUV-a oznacza minimalne zużycie w trasie na poziomie 8 l/100 km. Natomiast przy wakacyjnej podróży z kompletem pasażerów i załadowanym bagażnikiem na pokładzie, przy wyższych prędkościach wartości te błyskawicznie szybują w okolice 10-12 litrów. Instalacja LPG wprawdzie obniża finalny koszt przejechanego kilometra na dystrybutorze, ale konieczność częstego tankowania staje się stałym punktem każdego wyjazdu, wymuszając włączenie w nawigacji filtra wyszukującego stacje autogazu.
No to może chociaż jest tanio?
Oczywiście najważniejszym orężem modelu X70 Plus w walce z utytułowanymi rywalami pozostaje wciąż oficjalny cennik. Bazowa odmiana z mniejszym motorem 1.5 T (147 KM) otwiera zestawienie atrakcyjną kwotą 124 900 złotych. Bogatsza, testowana wersja z mocniejszym silnikiem 1.6 T wiąże się z wydatkiem minimum 144 900 złotych. Do tego producent dorzuca niezwykle uspokajającą i imponującą, 7-letnią gwarancję z długim limitem przebiegu sięgającym 150 000 kilometrów. Zestawiając te kwoty z propozycjami od europejskich potentatów, widać przepaść cenową na korzyść azjatyckiego gracza. Tyle tylko, że konkurenci oferują sprawdzoną inżynierię układów jezdnych, a w Jetourze płaci się obecnie głównie za wspaniałe wyposażenie elektroniczne i masę surowej blachy.
Projekt wymagający pilnego inżynieryjnego szlifu
Jetour X70 Plus w wersji 1.6 T to samochód pełen ogromnych i bardzo bolesnych sprzeczności, uderzających w kierowcę po przejechaniu kilku pierwszych kilometrów. Z jednej strony to naprawdę piękny, świetnie wykończony i fenomenalnie wręcz wyposażony SUV dla dużej rodziny, który oferuje w standardzie siedem miejsc i luksusowe dodatki, o jakich u europejskiej konkurencji w tym przedziale cenowym można jedynie pomarzyć. Przestronność wnętrza oraz imponująca dbałość o wizualne detale robią świetne, pierwsze wrażenie na każdym, kto zajrzy do kabiny.
Niestety, dysonans pomiędzy wspaniałą, luksusową otoczką a surową i szarpiącą pracą mechaniki jest tu po prostu zbyt duży, by można było na niego na dłuższą metę przymknąć oko. Niska cena zakupu oraz długa, 7-letnia gwarancja nie są w stanie skutecznie usprawiedliwić fatalnego zestrojenia układu napędowego, uciążliwej, szarpiącej w mieście skrzyni biegów oraz abstrakcyjnie skalibrowanego układu kierowniczego. Jeśli tylko azjatyccy inżynierowie solidnie wezmą się do pracy, naprawią szkolne błędy w oprogramowaniu sterującym przekładnią i dopracują kulturę pracy zawieszenia, auto to będzie miało ogromny rynkowy sens, nawet jeśli jego cena minimalnie wzrośnie. Tymczasem jest to propozycja wyłącznie dla osób o anielskiej cierpliwości, potrafiących świadomie zaakceptować poważne, mechaniczne kompromisy w kulturze jazdy w zamian za panoramiczny dach, darmową wentylację skórzanych foteli i ogromny, cyfrowy ekran w konsoli centralnej.